fbpx
Be My Hero

Next stop… Everywhere! Wrażenia po pierwszym odcinku 10 sezonu „Doctor Who”

Na srebrne ekrany wraca nasz ulubiony Szaleniec z niebieskiej budki. Co więcej nie jest sam, już w zasadzie od samego początku. Steven Moffat w premierowym odcinku nie marnuje czasu i od pierwszych minut wprowadza nową towarzyszkę i stawia ją, w zasadzie w centrum akcji. Bill Potts, bo o niej mowa,grana przez Pearl Mackie, wypada bardzo interesująco. Podoba mi się to, że mamy w końcu towarzyszkę, która nie stawia się na pierwszym miejscu. Miła odmiana po niemal dwusezonowym Clara Who. Bill jest ciekawa świata, co pokazuje już w pierwszej scenie, gdy okazuje się, że nie będąc studentką przychodzi na wykłady Doctora. Jest odważna i nie boi się wyzwań, ale jednocześnie jest tak uroczo nieporadna w codziennym życiu, trochę jak Doctor. Chociaż to jej oczami widzimy świat Władcy Czasu, to nie ona jest tutaj najważniejsza( jak pewna inna towarzyszka, z wcześniejszego sezonu). Dlatego nie mam wątpliwości, że będzie idealną partnerką i stworzą z Doctorem i Nardole świetne trio.

No właśnie… nieoczekiwanie do 10 sezonu wskoczył nam drugi towarzysz, znany z odcinka „The Husbands of River Song”, w którym wypadł raczej  przeciętnie. Mimo to showrunner zaryzykował i w tym epizodzie jest całkiem intrygujący. Dobrze wypada jego wstępne dość negatywne nastawienie do Bill. Myślę, że ta relacja, dobrze poprowadzona, może być świetnym motywem w tym sezonie. Podobnie jak sam związek Doctora i towarzyszki.

Nasz ukochany Władca Czasu jest w tym odcinku profesorem uniwersyteckim, uczącym zarówno fizyki kwantowej jak i poezji. Mamy zatem Doctora i Bill, nauczyciela i ucznia. Razem, aby zobaczyć wszechświat. Niestety nie da się nie zauważyć, że wprowadzenie postaci Bill nie ma w sobie niczego szczególnego. Ot kolejna towarzyszka poznana w ten sam sposób, czyli z przypadku. Brakuje mi zawiłej i pokręconej historii w stylu z „The Eleventh Hour”. Poza tym potwór tygodnia, pomijając to, że Moffat znów tworzy śmiercionośnego kosmitę z rzeczy,  które nikt normalny o takie skłonności by nie posądzał (serio… był już cień, kamienne anioły, bałwany, a teraz kałuża ;) ), to kolejny stworek, który bezmózgo podąża za bohaterami i za bardzo nie wiadomo o co mu chodzi. Nie podobała mi się również wyprawa do Daleków, tylko po to, żeby użyć ich jako broni. Mam wrażenie, że Doctor średnio przejmuję się swoimi najpoważniejszymi wrogami, a po śmiercionośnej maszynie z początkowych nowych sezonów zostało tylko wspomnienie.

Poza tym to dość prosta historia, w której towarzysz musi udowodnić swoja wartość. Ale jest urocza. Dodatkowo z szerokim uśmiechem powitałem zdjęcie River i Susan na biurku Doctora. Kto wie, może Moffat planuje jeszcze jakiś wątek związany z wnuczką naszego Timelorda.

Bill jest świetna, Nardole uroczo przerażający a Doctor…cóż to Doctor, czyli ten sam Szaleniec z śrubokrętem sonicznym w ręku, którego pokochałem kilkanaście lat temu, kiedy zacząłem swoją przygodę z tym serialem. Pozostaje czekać nam na kolejne odcinki i dość wyczekiwane przeze mnie starcie z dwoma ostatnimi Mistrzami.

bemyhero

Obserwuj nas na Twitterze

Scroll Up