fbpx
Be My Hero

Nowojorskie kung fu, czyli czwarty Defender pojawił się w mieście. Wrażenia po premierze „Iron Fist”

Danny Rand, czyli tytułowy Iron Fist,  powraca po 15 -letniej nieobecności do miasta, by odzyskać firmę ojca i zemścić się na ludziach, którzy zniszczyli mu życie. W czasie swojej nieobecności trenował, w mistycznym mieście Kunlun kung fu, pokonał smoka Shou-Lao the Undying, posiadł jego energię czi, stając się ludzką bronią. Zaintrygowani? Cóż, brzmi ciekawie, jednak mam wrażenie, że potencjał drzemiący w tej postaci został trochę zaprzepaszczony. Oto kilka luźnych przemyśleń po obejrzeniu najnowszej serialu Netfliksa o superherosie.

Zacznijmy od tego, że seria ta jest po prostu nudna. O pierwszych sześciu epizodach, wypowiedzieli się już chyba wszyscy, jednak później wcale nie robi się lepiej. Serial niesamowicie się ciągnie, jest przegadany, a momenty, w których zaczyna się coś dziać, albo zaraz się urywają, albo są tak źle zmontowane, że nie da się na to patrzeć. Trudno nie odnieść wrażenia, że twórcy próbują stworzyć kolejnego Daredevila z postaci, która nie jest do tego przystosowana. Komiksowy Danny jest raczej typem wesołka, który nawet w najtrudniejszych sytuacjach potrafi zażartować. O ile na początku może się wydawać, że twórcy chcą iść w tę stronę, to im dalej w sezon, tym gorzej. Iron Fist okazuje się kolejnym smutnym bohaterem, który musi mierzyć się z demonami przeszłości. Jest to podwójnie rozczarowujące, ponieważ był tu potencjał na coś świeżego. Serial stracił wiele na koncentrowaniu się na dramacie rodziny Meachumów. Odcinki skupiające się głównie na tym problemie były niesamowicie irytujące, ponieważ zamiast być z Dannym i rozpracowywać The Hand, musieliśmy siedzieć z Wardem i wysłuchiwać, jak bardzo nienawidzi swojego ojca. Definitywnie nie są to sceny, które chciałbym często oglądać w serialu o tytule „Iron Fist”.

Sceny walki nie wyglądają zbyt dobrze jak na serial, jakby nie patrzeć, o kung fu. Sfilmowane są, co najwyżej poprawnie, a sama choreografia była ciekawsza w „Daredevilu”. Nawet ciężko uznać na plus, obowiązkową scenę w korytarzu, która prezentuje się dobrze, ale jak na serial o mistrzu sztuk walki, wygląda wyjątkowo nijak. Wydaję mi się,  że problem z choreografią może po części być wynikiem tego, że twórcy postanowili nie dawać bohaterowi żadnej maski, a Finn Jones, cóż… nie jest mistrzem sztuk walki.

Sportretowanie Kunlun i kultury wschodu również kuleje. A raczej w ogóle go nie ma… Myślałem, że zobaczymy  jak radzi sobie biały dzieciak, wrzucony w tą kulturę, będący kimś z zewnątrz. Tymczasem w Kunlun jesteśmy w paru flashbackach i to bardziej  koncentrujących się na tym, jak Danny’emu było tam źle i jak to zrobili mu pranie mózgu. Jest tego bardzo mało i poszło to w niewłaściwym kierunku. Całe to miejsce zostało, zresztą tak jak i postać Danny’ego, pozbawione jakiegokolwiek mistycyzmu.

Z kolei przeciwnicy w tym serialu to totalne nieporozumienie. Do głównego bad guya przejdę za chwilę, natomiast samo The Hand staje się jeszcze bardziej nieznośne, niż w drugim sezonie „Daredevila”. Tam można było się śmiać, że ninjia to kitowcy, którzy nie mają za wiele do roboty. Natomiast tutaj dowiadujemy się, że są różne odłamy tego zbrodniczego syndykatu. Jest dobra Hand, jest zła Hand. Później okazuje się, że The Hand jest tylko jedna, ale to już inna, spoilerowa historia. Organizacja ta zajmuje się trenowaniem dzieci, z których tworzą własną armię, handlują narkotykami, mają najróżniejsze mafijne powiązania. Nie spodobał mi się również pomysł powiązania Madame Gao z tą organizacją.

Jednak mimo moich  narzekań, warto sprawdzić i przekonać się samemu. Bo z drugiej strony, jeżeli lubicie wcześniejsze seriale superbohaterskie platformy Netflix, to tutaj dostajemy kolejny raz to samo: poważną historię, o bohaterze z demonami, walczącym z mafią (tutaj pradawną organizacją, mającą w garści pół świata). Szkoda, mogło wyjść z tego coś świeżego. Ale nie ma się co dziwić twórcom, ze nie podjęli ryzyka, skoro do tej pory ta formuła się sprawdzała.

[SPOILER ALERT]

Jeszcze jedna sprawa, typowo spoilerowa, która nie daje mi spokoju, dlatego muszę o niej napisać. Główny złoczyńca sezonu …Harold Meachum (nie chcę tutaj przedstawiać całego jego wątku, bo myślę, że do pewnego momentu był prowadzony całkiem poprawnie ) to facet, który przez 13 lat siedział w zamknięciu, ukrywał się i zza kulis sterował wszystkim. A Danny jest Iron Fistem- ludzką bronią mającą bronić Kunlun przed wrogami. Jest mistrzem kung fu! To co mnie boli to finałowa walka, która sprawiła, że nie mogę się pozbierać do tej pory. Mianowicie, Harold ze swoim pistolecikiem, już na dachu, gdzie wcześniej Danny jedną pięścią rozwalił całe piętro, był wstanie powstrzymać głównego bohatera. Mało tego, bierze metalową rurę i zaczyna go okładać. Wiecie…stary dziad…mistrza kung fu, ludzką broń…serio Netflix…serio?

bemyhero

Obserwuj nas na Twitterze

Scroll Up