fbpx
Be My Hero

Szukasz Ricka i Morty’ego w wersji light? Final Space jest dla Ciebie!

Animowana komedia w stylu space opery z bohaterem-nieudacznikiem i tajemniczym, zielonym niszczycielem planet. “Final Space” to dobra pozycja dla każdego fana abstrakcyjnego humoru i kosmicznych bitew.

Jak to jest być jedynym więźniem na stacji kosmicznej orbitującej wokół Ziemi i przez przypadek uratować cały wszechświat? Musimy zapytać Gary’ego. Pierwszy sezon animacji “Final Space”, emitowanej przez TBS i dostępnej na Netflix, to dobry start dla wszystkich, którzy pragną wkręcić się w świat Ricka i Morty’ego, ale chcą zrobić to powoli i ostrożnie.

“Final Space” space opera z mocnym zacięciem komediowym i wieloma ironicznymi lub nawet surrealnymi żartami. Dzieło stworzone przez Olana Rogersa nie dzieli się z nami humorem tak wyrafinowanym, jak dzieło Roilanda i Harmona, ale porównanie i nazwanie serii “wersją light Ricka i Morty’ego” nie jest niedopatrzeniem, czy przesadą.

Jaki jest punkt wyjścia?

W niedalekiej przyszłości ludzkość skolonizowała wiele galaktyk, a wszechświatem rządzi Infinity Guard, która dba, by wszędzie panował pokój (rzekomo). Gary Goodspeed to zwykły cwaniak z wysoką samooceną i brakiem jakichkolwiek umiejętności. Pewnego razu podpada władzom i zostaje skazany na 5 lat w odosobnieniu na Galaxy One, statku-więzieniu. Jego towarzyszami są jedynie: H.U.E. – sztuczna inteligencja maszyny, która czuwa, by Gary się nie obijał i zabrania mu jedzenia ciastek, KVN – irytujący robot, którego zadaniem jest czuwanie, by więzień nie oszalał z samotności oraz grupa robotów-serwisantów, pomagających w naprawach.

Historia startuje kilka dni przed zakończeniem wyroku Gary’ego, kiedy na Galaxy One pojawia się mały zielony stworek, który zaprzyjaźnia się z kosmicznym więźniem. Ten nadaje mu imię Mooncake, a za moment do akcji wkracza banda łowców głów, która chce odzyskać małego przybysza z rozkazu Lorda Commandera. Gary pojmuje jednego z napastników i zmusza go, torturami psychicznymi, czyt. graniem w karty, do wyśpiewania, co się tutaj kroi! Avocato, czyli humanoidalny, kosmiczny kot, zostaje po chwili jego sprzymierzeńcem i razem postanawiają rozwiązać, coraz bardziej skomplikowaną zagadkę.

Zróżnicowanie bohaterowie to podstawa każdej galaktyki

Oprócz niesfornego Gary’ego, robotów, tajemniczego Mooncake’a i Avocato, “Final Space” proponuję nam galerię całkiem ciekawych postaci. Kapitan Quinn Airgon, wyróżniająca się w dowództwie Infity Guard, to świetnie wyszkolona żołnierz, która na Ziemi odkrywa, że coś się święci. Wspomniany Lord Commander, któremu głosu użycza David Tennant, to taki Lord Imperator tego uniwersum. Potężny i bezwzględny, ukrywa się w cieniu, ale kontroluje wszystko. I ma bardzo niespodziewany origin. W fabule istotne role odegrają też Little Cato, czyli nieprzewidywalny syn Avocato, Tribore, partner Quinn oraz Nightfall, której tożsamości nie zdradzę.

Mieszanka ras, płci, etniczności, a także przeróżnych podejść do pełnionych funkcji i różnice w usposobieniu powodują, że interakcje wypadają naprawdę ciekawie.

Problem z protagonistą

Błąd popełniono jednak przy stawianiu fundamentów. Nie zrozumcie mnie źle, Gary jest postacią, która potrafi zjednać serca i o którą się martwimy, jednak ten arogancik to połączenie bardzo prostych cech charakterów. Najprościej – to taki Han Solo i Star Lord w jednym. Rozwijając – przeszłość gościa wyjętego spod prawa, nigdzie nie może zabawić dłużej, ogromne daddy-issues.

Nie pomaga też fakt, że choć przydarzają mu się wpadki, zawsze spada na cztery łapy. Umówmy się, w serii bardzo komediowej, to działa, ale nie wiem, czy wystarczy na kolejny sezon.

Na szczęście wszystko ratuje Mooncake, czyli zielony i przyjazny niszczyciel planet. Gary i gumowa kulka działają zawsze w tandemie, więc jeden uzupełnia drugiego.

Ogromne uniwersa i finałowe batalie

Przez dziesięć odcinków serii nie można pozbyć się wrażenia, że “Final Space” garściami czerpie z tradycji Gwiezdnych Wojen. Rozbudowany świat, całkiem dobrze zaprezentowane bitwy kosmiczne, przepotężna szara eminencja oraz bohaterowie wpadający w “archetypy” Hana, Lei czy Boba Fetty. Dodatkowo, produkcja Rogersa karmi nas dawką tripowo wyglądających światów i równoległych wymiarów, odrobiną mrocznej mitologii w stylu Lovecrafta, humorem w pełnym spektrum (od łagodnego i wykwintnego, po niewybredne żarty i alegorie) oraz historią drogi, która odrobinę rozwija bohaterów.

Zwiedzamy kilka dobrze zaprojektowanych planet, gdzie zdarzają się typowe dla stylu “Ricka i Morty’ego” gagi i abstrakcyjne sytuacje, dowiadujemy się, czym jest “FInal Space” i co grozi kosmosowi. Lord Commander dopina swego, bohaterowie zostają spektakularnie (i trochę przewidywalnie) zapędzeni w kozi róg. Co najważniejsze, są w tym emocje, pomimo pewnych braków. A to najważniejsze w każdej historii.

Historia Gary’ego i załogi urywa się w krytycznym momencie, zostawiając nas ze sporym cliffhangerem, co powoduje duży niedosyt. Na szczęście w maju zamówiono drugi sezon, który składać się ma z 13 odcinków. Jeśli zatem jesteście fanami “Ricka i Morty’ego”, a świetnie bawiliście się także przy łagodniejszym “Gravity Falls”, to “Final Space” będzie przyjemną przygodą. A jeśli szukacie czegoś na początek drogi z kosmosem i innymi wymiarami w odsłonie animacyjno-telewizyjnej, to także bardzo dobry wybór. Będziecie tylko musieli przełknąć kilka bardzo schematycznych rozwiązań i standardowych wątków. Reszta to dobry seans!

Kamil Matuszak

Moje życie składa się z muzyki, filmów, seriali i snu. Pomysłodawca Be My Hero, który chce stworzyć złowrogą, korporacyjną machinę i przejąć kontrolę nad światem.

Obserwuj nas na Twitterze