fbpx
Be My Hero

Cóż tam, Panie, w polskim kinie, czyli o filmach Kamerdyner i Kler

Wow… chwilkę mnie nie było, ale wiecie… życie się wydarzyło. Już jednak jestem i kontynuuję moje wpisy, a zacznę od dość spóźnionych wrażeń z dwóch filmów, na których byłem już jaki czas temu. Są to polskie produkcje, które miały premiery we wrześniu i już po ich premierze kurz trochę opadł. Szczególnie mówię tu o Klerze, który wywołał spore kontrowersje w naszym kraju. W jego cieniu, trochę niezauważony, przeszedł Kamerdyner Filipa Bajona, który mi osobiście podobał się bardziej od dzieła Wojciecha Smarzowskiego.

Swój wywód rozpocznę jednak od tego bardziej popularnego, o którym mówiło się na długo przed premierą. Wszystko za sprawą tematyki, jaką reżyser postanowił tym razem poruszyć. Film opowiada historię trzech księży katolickich. Każdy z nich musi zmierzyć się ze własną przeszłością oraz ponieść konsekwencje swoich czynów. I tak jedna z dróg opowiada historię księdza, granego przez Arkadiusza Jakubika, który zostaje oskarżony w pewnym momencie o molestowanie ministranta. Z rozwojem fabuły dowiadujemy się o jego przeszłości, co doprowadziło go do momentu, w którym się znalazł. Podobało mi się tutaj to, że reżyser nie daje nam odpowiedzi od razu, bawiąc się naszymi oczekiwaniami. Nieoczywiste pokazanie historii pozwala nam współczuć bohaterowi, mimo, że nie do końca wiem czy dopuścił się zarzucanych czynów czy nie. Jego wątek splata się w pewnym momencie z historią drugiego bohatera, czyli księdza Lisowskiego, granego przez Artura Braciaka. Jest on najbardziej wpływowym z księży przedstawionych w filmie. Obraca się cały czas w świecie pełnym przysług i układów i idzie mu to naprawdę dobrze. Ostatni wątek, odbywa się trochę na uboczu i dotyczy księdza alkoholika mieszkającego z konkubiną. Ta postać, grana przez Roberta Więckiewicza, była najbardziej ludzka ze wszystkich zaprezentowanych. Jak dla mnie miał najciekawsze rozterki, takie, które mógłby mieć każdy z nas. Między wątkami pojawia się jeszcze postać biskupa, granego przez Janusza Gajosa, która jest tak przerysowana, że nie wiem czy ktoś inny by tę rolę udźwignął.

Świat w Klerze jest typowym miejscem, znanym z wcześniejszych filmów reżysera. Pełno w nim wódki, szemranych typów, układów i powszechnej zgnilizny. W tak przedstawionym świecie dramat bohaterów oraz ich słabości lepiej wybrzmiewają. Z każdą kolejną sceną postacie stają się bardziej wielowymiarowe, a my odkrywamy jak wygląda od wewnątrz instytucja, w jakiej przyszło im żyć. I chociaż na pierwszy rzut oka ich życie to sielanka, to dopiero po czasie odkrywamy sekrety i demony, które ich męczą.

Tak naprawdę, podoba mi się w filmie fakt, że chociaż jest tendencyjny, to nie porusza kwestii wiary. Jakimś cudem Smarzowskiemu udało się przedstawić problemy Kościoła Katolickiego tylko na poziomie ludzkim, nie dotykając sfery sacrum. Dzięki temu osoby wierzące nie są tutaj wyśmiewane czy przedstawiane jako niespełna rozumu. Na samej instytucji jednak reżyser nie pozostawia suchej nitki, przedstawiając ją jako bezduszną machinę, przeżuwającą i wypluwającą każdego kto do niej wejdzie. To bardzo jednostronne przedstawienie Kościoła jest jednym z moich większych zarzutów odnośnie filmu.

Ten film stoi aktorstwem. Arkadiusz Jakubik jest tutaj fenomenalny i nie wiem, czy nie jest to jego najlepsza rola w karierze. Pozostali aktorzy również dają z siebie wszystko, ale show kradnie zdecydowanie Janusz Gajos. Jego postać jest zagrana z takim polotem i samoświadomością, że nie da się od niej oderwać wzroku. Widać, że aktor doskonale bawił się na planie.

Kler jest zdecydowanie ciekawy i warty uwagi widowni, jednak nie jest to coś wybitnego  i uważam, że Smarzowski pokazywał nam już lepsze produkcje kinowe (z wybitnym Weselem na czele).

Druga z produkcji  jest autorstwa Filipa Bajona, za którego twórczością niespecjalnie przepadam. Film jednak zrobił na mnie spore wrażenie i był o wiele przyjemniejszym seansem niż Kler. Bardzo podoba mi się umiejscowienie akcji na Kaszubach, które są dość nieoczywiste i nieczęsto używane jako tło wydarzeń w polskim kinie. A zdecydowanie powinny! Akcja filmu rozpoczyna się w roku 1900 narodzinami głównego bohatera, a kończy w 1945 spaleniem przez Sowietów posiadłości, w której mieszkają bohaterowie. Jak widać mamy do przebrnięcia całkiem niezły kawał historii i w trakcie seansu da się to odczuć, bo film trwa ponad dwie i pół godziny! Przez ten czas oglądamy historię bękarta hrabiego Hermanna (w tej roli Adam Woronowicz), Mateusza (zagranego dość drewnianie przez Sebastiana Fabiańskiego). Jednak mam wrażenie, że bohater ten nie jest istotny aż tak bardzo. Reżyser chciał tutaj bardziej stworzyć hołd dla rdzennych mieszkańców Pomorza. Kaszuby ukazane są niczym sielska kraina, która stoi trochę w przeciwieństwie do napiętych stosunków między bohaterami czy tragicznych wydarzeń, których była świadkiem. Jeżeli chodzi o postacie, to na uwagę zasługują dwie kreacje. Po pierwsze Bazyl Miotke zagrany przez Janusza Gajosa. Nazwany jest w samym filmie „królem Kaszub”. Jest on starostą, należącym do rodziny Mateusza i zdecydowanie jest najsympatyczniejszą postacią w filmie. Po drugie postać hrabiego Hermanna, przedstawiona w bardzo demoniczny sposób. Jego odczłowieczenie ustępuje wraz z fabułą i starzeniem się bohatera, jednak do końca nie byłem w stanie się do niego przekonać.

„Kamerdyner” to film, który nie należy do lekkich, jednak zrealizowany jest po mistrzowsku i z wielkim rozmachem. Wygląda na to, że po ostatnich, dość kiepskich produkcjach, Bajon chciał stworzyć dzieło życia. W dużej mierze się to udało, jednak jako widz wolałbym, żeby reżyser, zamiast skupiać się na aspekcie wizualnym, rozwijną trochę bardziej charaktery postaci. Zwłaszcza głównego bohatera, który jest najmniej interesujący ze wszystkich. Mimo to naprawdę warto sprawdzić ten film, jeżeli nie w kinie, to jak już wyjdzie na jakimś nośniku, bo mało jest w naszym kraju dobrych produkcji historycznych.

Podsumowując moje wywody, oba filmy są zdecydowanie warte polecenia i wyrobienia sobie własnej opinie. W następnym wpisie zajmiemy się już czymś bardziej aktualnym, bo na Netflix w ten weekend wylądował drugi sezon Castlevani ;).

Rafał Świderek

Lubię filmy, seriale oraz podróże w czasie i przestrzeni. W przerwach między ratowaniem świata, a walką z kolejnym złoczyńcą, wcinam banany, popijając czarną kawą.

Obserwuj nas na Twitterze