fbpx
Be My Hero

Ant-Man i Osa: Film MCU, który jest nam niepotrzebny

Marvel Cinematic Universe wkracza w fazę, która zadecyduje o jego przyszłości (jesteśmy przed Avengers 4 i sporymi zmianami w rozwoju kinowego świata). Na tym etapie dostajemy film taki, jak Ant-Man i Osa. W jakim celu i dla kogo właściwie jest ten tytuł? Dla fanów komediowego talentu Paula Rudda, a może dla tych, którzy chodzą do kina na wszystkie filmy MCU?

Powiedzmy to głośno już na początku – Ant-Man i Osa to film zupełnie zbędny. Nie zły, czy głupi, tylko niepotrzebny w tej formie, bo zbyt nijaki i bez pomysłu. Od dawna wiedzieliśmy, że będzie to historia oderwana od aktualnych wydarzeń w “głównym nurcie” MCU. Jednak chyba nikt nie spodziewał się, że aż tak bardzo. Oprócz imiom bohaterów i nazw organizacji nie otrzymaliśmy żadnych powiązań z resztą tego świata. Aż do sceny po napisach. Tak nie można budować współdzielonego świata!

Marvel Studios świętuje w tym roku 10-lecie swojego uniwersum. Były gratulacje, była wdzieczność, były huczne zapowiedzi wielkiej przyszłości. Fani po filmach takich, jak Thor: Ragnarok, Czarna Pantera czy Avengers: Wojna bez granic oczekują stałej, wysokiej jakości (skoro Thora dało się odczarować, można zrobić to z każdym bohaterem). Co się jednak okazało? Sequel Ant-Mana to powtórka z rozrywki, tylko uboższa. Bohaterowie się nie rozwijają, relacje między nimi nadal są bardzo umowne, postacie supportujące przestały być śmieszne (może oprócz Kurta), a dodatkowo świat stał się jeszcze węższy, ponieważ ograniczały go ramy czasowe, w jakich działa się historia.

Ant-Man i Osa okazało się filmem zbyt kameralnym – wiem, jak to brzmi w przypadku odsłony MCU – i to jego największy problem. To i… nuda. Pierwsza część kinowej opowieści o Mrówkowieku miała charakter – był to heist movie, w którym gość “przypadkiem” staje się herosem i musi pogodzić to z byciem dobrym ojcem. Zamknięta historia bez ratowania świata i inwazji obcych, czy zbuntowanej sztucznej inteligencji. Dodatkowo, pojawiły się ciekawe zalążki na kolejne wątki, które można rozwijać w potencjalnych sequelach. Czego chcieć więcej od filmu o mało znanym bohaterze? Druga część tego skrawka uniwersum Marvela bierze wszystkie te schematy i chcąc wycisnąć z nich maksiumum, tak naprawdę je zgniata.

A zgnieciony owad, to martwy owad.

Po Civil War Scott Lang (Paul Rudd) oddaje się w ręce władzy, bo chce być blisko córki, przez co ląduje w areszcie domowym. Hank Pym (Michael Douglas) i Hope Van Dyne (Evangeline Lilly) są zbiegami, których ściga FBI, a oni, trochę bez planu, żyją z dnia na dzień, szukając powodu, by tylko pokazać nam trochę więcej wymiaru kwantowego. To oraz ratowanie Janet Van Dyne (Michelle Pfeiffer) jest ich jedynym zadaniem w tym filmie. Hope popisuje się jeszcze kilkoma dobrymi ciosami wymierzonymi oprychom, ale to właściwie wszystko. A gdy podliczymy wszystich bohaterów, polujących na technologię Dr Pyma, wychodzi nam, że w fabułę zaangażowane są co najmniej cztery strony.

No właśnie, kogo zobaczymy w filmie oprócz wymienionej trójki? Jest Ghost (Hannah John-Kamen), która okazuje się być postacią tragiczną i nie jest antagonistką, a raczej antybohaterem z burzliwą przeszłością. Jest Bill Foster (Laurence Fishbourne), były współpracownik Pyma, którego powiązania z bohateami okażą się istotne (oczywiście). Mamy także FBI z Jimmy’m Woo (Randall Park) na czele, a także bandę opryszków, której dowodzi niejaki Sonny Burch (Walton Goggins, BTW, szkoda mi gościa, nie pamiętam, kiedy ostatni raz zagrał postać pozytywną). Dużo tego, prawda? To nie tak, że trudno się w tym wszystkim połapać, akurat to Peytonowi Reddowi się udało. Ale tylko to. Poza tym, pojedynek Pym-Ghost mógłby być o wiele ciekawszy, bez tych przeszkadzajek.

Żarty Scotta i Luisa przestały śmieszyć po 30 minutach, a sekwencji walk zrobiło się po jakimś czasie mniej i zaczęło się męczące uciekanie z miejsca na miejsce. Ta część byłaby pewnie o wiele ciekawsza, gdyby przyspieszono ją dwukrotnie i podłożono muzykę z The Benny Hill Show.

Jednak najgorsze, co film ma do zaoferowania, przychodzi w finale. Trio bohaterów ratuje bez większych komplikacji Janet z quantum realm, a ona, najzwyczajniej na świecie, okazuje się lekiem na całe zło. I to dość dosłonie. Jak powiedziałby zapewne Deadpool “it’s just a lazy writing”. Okazuje się, proszę państwa, że całego sporu na linii #TeamPymVanDyneLang można było uniknąć, gdyby wszyscy ze sobą porozmawiali. Tak nie robi się fabuł dla ludzi, którzy myślą. No chyba, że chcesz zebrać sporo punktów u CinemaSins.

Podsumowując – Ant-Man i Osa to film wybitnie przeciętny. Jeśli pójdziecie na seans i wyłączycie pewne obszary mózgu, np. te odpowiedzialne za związki przyczynowo-skutkowe, możecie się nieźle bawić. Są bójki, są pościgi, żarty słowne i sytuacyjne, a Paul Rudd dwoi się i troi, pokazując swój talent komediowy. Nie złoszczę się nawet za bardzo za brak powiązań z MCU. Boli mnie tylko brak charakteru, kolorów i świeżych pomysłów, bo przecież tak wiele furtek zostało otwartych przez pierwszą część przygód Człowieka, który się zmniejsza i komunikuje z mrówkami. Nie chcę więcej widzieć takiego filmu w ramach tego uniwersum. Już chyba lepiej, by Marvel Studios wróciło do origin story nowych postaci, niż nadal robiło takie sequele.

Kamil Matuszak

Moje życie składa się z muzyki, filmów, seriali i snu. Pomysłodawca Be My Hero, który chce stworzyć złowrogą, korporacyjną machinę i przejąć kontrolę nad światem.

Obserwuj nas na Twitterze